Wokół Wigier na czterech

Run Forest, run, a raczej: idź, Gośka, idź! W miniony weekend przeszłam 55 kilometrów. Dla niektórych to pestka, dla innych kosmos. A dla mnie?

Tak – trenowałam 12 lat wyczynowo judo. Tak – zdobywałam Mistrzostwa Polski. Tak – kocham sport. ALE! Rodzenie dzieci rok po roku dało mi w kość. Nie będę tu zwalać na moje córki, na brak czasu, na ból w krzyżu. W ciąży pozwalałam sobie na wiele dobroci – w końcu BYŁAM W STANIE BŁOGOSŁAWIONYM. Przytyłam. Niestety, nie jestem z tych kobiet, które w miesiąc po porodzie są chudsze niż przez zajściem w ciąże. Jednak nie o moich nadprogramowych kilogramach tu mowa. Mowa o Małej Adrenalinie, która niedawno uderzyła mi w żyły.

Mała Adrenalina

Według mnie kobiety dzielą się na te co chcą nawiązywać nowe relacje, poznawać ludzi i działać oraz na te które to robią. Te pierwsze zawsze mają wymówkę. To brak czasu, to brak okazji, to brak braku. Ja zawsze należałam do tych drugich. Lubię ludzi i (chyba) ludzie lubią mnie. Fakt, że nie miałam zbyt wielu okazji wyjścia z domu. Dwie córeczki zajmują jakieś 90% wolnego czasu. Jednak udało się i z wielkim wyprzedzeniem zaplanowałam wypad nad Wigry. Organizatorem wyprawy nordic walking była grupa Mała Adrenalina. Otóż jest to zbiorowisko pozytywnie zakręconych kobiet z Ełku. Wspólnym mianownikiem u każdej z nich jest sport (joga, kijki, pilates itp). Główną “kierowniczką” jest Iwona – joginka, superaktywna kobieta, która zaraża swoją osobowością. Poznałam ją kilka lat temu podczas warsztatów z jogi. To chodząca kwintesencja zdrowego podejścia do życia i harmonii. Dlatego, kiedy dowiedziałam się o wyprawie na Suwalszczyznę, nie wahałam się.

Jak się do tego zabrać?

Pakowanie rozpoczęłam po 24:00 w dniu wyjazdu. Wcześniej nie było na to czasu. Po spakowaniu się w mały plecak byłam z  siebie dumna. Niestety okazało się, że zamek nie dał rady – rozjechał się. Musiałam wziąć większy plecak i bezmyślnie załadowałam do niego więcej ciuchów. Większości nawet nie ubrałam, a te kilogramy czułam na plecach co najmniej potrójnie. Okazało się, że mój dobytek jest największy ze wszystkich obecnych…Frycowe zapłacone! Dalej było już tylko lepiej. Szybkie przeszkolenie z trzymania kija, pracy rąk. Przy okazji zwiedzenie Klasztoru Kamedułów nad Wigrami i w drogę. W planie ok 29 kilometrów – pikuś. Już na początku zaskoczyło mnie tempo dziewczyn, ale szybko się dopasowałam. A grupa była naprawdę zróżnicowana. Nie tylko ja byłam początkująca. Były też weteranki nordic walking. Szybko zaczęłam przełamywać pierwsze lody z uczestniczkami. A były to księgowe, nauczycielki, menadżerki w banku – misz masz jak się patrzy. Po 7 kilometrach marszu okazało się, że…zabłądziłyśmy! Oznakowania gry terenowej wprowadziły nas w błąd. Ale – widziałam po drodze piękne pole fioletowych kwiatków – warto było zabłądzić :). Dzięki temu również poznałam dokładną trasę Green Velo- na pewno kiedyś z niej skorzystamy! Mijałyśmy po drodze zagrody z owcami i kozami (dalej nie wiem jak robi koza ;)), pola kwiatów, POLA poziomek i zbóż, piękne, agroturystyczne domki i (co najpiękniejsze) lasy Wigierskiego Parku Krajobrazowego. Zakochałam się w tym miejscu i na pewno wrócę tam na rowerowy wypad z rodzinką.

Daleko jeszcze?

Po 20 kilometrze moje plecy przypomniały mi, że nie lubią zbyt dużych obciążeń. Noga, którą miałam niedawno skręconą, też powoli wołała “ej, ej, czy to nie za dużo”. Wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerowały łapanie stopa. “ALE NIE” – pomyślałam. Jesteśmy tu grupą, jest piękna pogoda (a miało padać!), są cudne widoki, a jak dojdę o własnych siłach – będę zwycięzcą! Przeklinałam, śmiałam się z nadrobionych 7 kilometrów i z tego, że to najlepsi zamykają peleton, aby reszta mogła czuć się bezpiecznie. A kiedy dotarłyśmy do naszej kwatery – padłam na łóżko z myślą, że od razu zasnę. 36 kilometrów – tyle pokonałyśmy pierwszego dnia. Bolało mnie wszystko – paluchy, piszczele, łydki, kolana, krzyż, ramiona. W pewnym momencie nie mogłam się ruszyć. Jakby to wyglądało – najmłodsza uczestniczka marszu, Judomama, nie da rady wstać? Miało mnie ominąć ognisko, moczenie nóg w jeziorze i poznanie lepiej dziewczyn? O w życiu! Wieczorem było jak za dawnych czasów – ognisko, kiełbaski, pogaduchy, śmiech i piwo. Wszystkie dziewczyny wyluzowane, otwarte, uśmiechnięte. To lubię! I o czym gadałyśmy? Chyba o tym czego nam najbardziej brakowało – o naszych dzieciach!

Tylko 20 kilometrów?

Drugi dzień rozpoczęłyśmy od wspólnego śniadania. Ok 10:00 wyruszyłyśmy w drogę. O dziwo, nic mnie nie bolało. Znikał kilometr za kilometrem. Sama nie wiem, kiedy minęło ich 20. A mijałyśmy piękną Czarną Hańczę, kładki nad bagnami, zagrody z końmi oraz mnóstwo uśmiechniętych rowerzystów. Przypomniałam sobie jak smakują kanapki z pasztetem, jedzone siedząc na trawie popijając herbatą z termosu. Kiedy w oddali zobaczyłyśmy Klasztor Kamedółow, zrobiło się dziwnie. To już koniec? Ale jak to? Koniec bólu w stopach, strzelania w krzyżu, szukania zielonych znaków trasy na drzewach? Powrót do rzeczywistości – mojej, kochanej, ulubionej codzienności.

Wyrwij się!

Nie pierwszy raz piszę o tym, aby w tym biegu, zapracowaniu, matczynej miłości – znaleźć czas dla siebie. W trakcie marszu miałam mnóstwo czasu na przemyślenia, oderwanie czy też zwykłe milczenie i ciszę. To bardzo ważne, aby kobieta (matka, żona, narzeczona) mogła czasami pobyć sama z sobą. Pomimo obecności 12 fajnych babeczek, nie czułam się skrępowana czy osaczona. Czułam jakbyśmy się znały wiele lat. Dziękuję im za to, za otwartość, za szczerość, za akceptację. Lepszego prezentu na 31 urodziny nie mogłam sobie zaserwować! Przede wszystkim chcę podziękować jednej supermamie – Kasi. Dzięki niej tam byłam, motywowała mnie do “walki”, pomogła w kryzysie – jak zwykle. Znajdziesz ją TU klik. Dzięki!

Projekt finansowany był z Urzędu Miasta Ełk, regranting Adelfi, patronat FundacjaKocham Jaśka.