Coś dla każdego

Od zera do Ultramena – Jerzy Górski

Świeżo po przeczytaniu książki Łukasza Grassa “Najlepszy. Gdy słabość staje się siłą.”, postanowiłam napisać pierwszą w życiu recenzjo-streszczenie. Dlaczego? Bo opowiada piękną historię wygranej, nie tylko w zawodach, ale też w życiu.

14 lat porażki

Jerzy Górski nie miał łatwego startu w życie. Jako nastoletni chłopak mieszkał w 1 pokoju z matką i jej mężczyzną. Odrobinę prywatności miał w toalecie, która znajdowała się na półpiętrze ich kamienicy. Interesował się gimnastyką, był bardzo sprawny, jednak brak autorytetu i planu na życie sprowadził go na najgorszą drogę z możliwych. W piątej klasie szkoły podstawowej (w której też nie był prymusem) zapalił pierwszego papierosa. Później potrafił wypalić ich 100 dziennie! “Młodzi ludzie zawsze chcą mieć coś swojego, coś, czym wyróżnią się i zapiszą na kartach historii (…)” – wspomina Górski. Niestety, nastoletni Jurek zapisał się, ale w niezbyt chlubny sposób. Brak zrozumienia przez matkę, kary za złą naukę, brak własnego kąta, doprowadziła do częstych spotkań z ludźmi, którzy akceptowali Jurka takim jakim był. To dzięki początkującym hippisom (to był lata 70) Jerzy zaczął brać. Pierwszy strzał był z morfiny, później wstrzykiwał mleczko makowe (narażając swoje życie, kiedy uciekał przed wściekłymi rolnikami), a na koniec (własnej roboty) heroinę. W celu zdobycia “towaru” okradał apteki, przez co miał wielokrotne problemy z milicją. Aby uniknąć aresztu uciekał do szpitali psychiatrycznych. W tym czasie propaganda PRL-u nie dopuszczała do informacjo o narkomanach. To byli ludzie chorzy psychicznie, lekomani. Dodatkowo nie wiedziano jak ich leczyć, więc często eksperymentowano, podawano leki na poważne choroby psychiczne.

 

 

Radio ratujące życie

 

Początek lat 80 był dla Górskiego przełomowy. W więzieniu nasz bohater wielokrotnie próbował wydostać się na wolność. Zrobił “połyk” – kontrolowane połknięcie żelaznego pręta – myk znany przez więziennych lekarzy. Próbował się powiesić, aby ostatecznie wstrzyknąć w płuco…czekoladę. Jednak 1 rzecz za kratami mogła okazać się najważniejszą w jego życiu. Był to reportaż z Monaru oraz wywiad z Markiem Kotańskim o leczeniu nałogowców w jego ośrodkach. Po wyjściu z więzienia Górski pił na umór (potrafił wypić pół litra wódki na raz), staczał się na samo dno. Jednak dopiero kiedy ważył 48 kilogramów, a jego organizm był skrajnie wyczerpany – odwiedził punkt Monaru, o którym słyszał w radiu. To przed jego drzwiami wypalił ostatniego papierosa. I rozpoczął nowe życie…

Dzwon

Początki w Monarze nie były łatwe. Nowicjusz musiał ogolić się na łyso, ubrać drelich i wykonywać wszystkie zadania, które mu powierzano. Dodatkowo każda niesubordynacja oznajmiana była dzwonem oraz zebraniem wszystkich kuracjuszy. Nie dawano drugiej szansy, nikt nikogo nie trzymał na siłę. Celem tego miejsca było wyjście z nałogu poprzez wsparcie społeczności, która otaczała nałogowca. Jednym z elementów rekonwalescencji był biegi, do których Jurek podszedł bardzo negatywnie. Jego wyniszczony organizm odmawiał współpracy, a on pluł krwią, mdlał, szedł zamiast biec. Jak widzisz, drogi czytelniku, początki sportowej drogi Górskiego były straszne – czy można zaczynać gorzej? To w Monarze Jurek rozpoczął naukę w liceum, układał życie, wyznaczał nowe cele i powoli je realizował.

Ćpać życie

Jurek działał zamiast gadać. Kiedy postanowił rozpocząć przygodę ze sportem, od razu udał się do ludzi, którzy mogli mu w tym pomóc. Otwarcie opowiadał o swojej przeszłości, teraźniejszości i planach na życie. Jego idolem był Antoni Niemczak – zawodnik Śląska Wrocław, Mistrz Polski w maratonie, zwycięzca wielu biegów. To on uczył Górskiego samokontroli, taktyki biegu, pokory. Powoli nasz bohater zaczął się ponownie uzależniać – tym razem w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Pierwsze zawody to nauka cierpliwości, posłuszeństwa i pokonywanie własnych słabości. Wraz z Markiem Kotańskim nasz bohater organizował akcje nawołujące do zakazu siania maku (Maraton Nadziei z hasłem “Polaku nie siej maku!) czy rajd rowerowy dookoła Polski. Jerzy nie brał jeńców, wszystko robił pełnym sobą. Ćpał życie na maksa.

Zdrowe uzależnienie

Triathlon był odkryciem, które zmobilizowało Jurka do nauki pływania.

“Trzydziestoletni dziadek wchodził do basenu i rozpaczliwie machał rękoma, próbując utrzymać się na powierzchni. To doświadczenie nauczyło mnie, że nie wolno narzekać, że jest się za starym na rozpoczęcie przygody z jakimkolwiek sportem. W życiu nigdy na nic nie jest za późno. Ulegamy szablonowym i stereotypowym zachowaniom, wpadamy w tak utarte tory przeciętności, że czasami trzeba w wulgarny sposób, dosadnym językiem, jakiego używał Marek Kotański, dać do zrozumienia, że czas po prostu przestać pierdolić i szukać wymówek. (…) Życie jest i długie i stosunkowo krótkie jednocześnie.”

A już w 2 lata po rozpoczęciu nauki pływania Górski wziął udział w zawodach triathlonowych. Pomimo tego, że ukończył go jako jeden z ostatnich – zakochał się w pływaniu, jeździe na rowerze i biegu. Za to w kolejnym starcie, w Ironmanie (3,86 km pływania, 180,2 km jazdy na rowerze i 42,195 km biegu), Jurek zajął drugie miejsce. Wszystkie wysiłki miały jeden cel – zawody Ultramana w USA. O ile Ironman jest trudnym wyścigiem, to Ultraman to “wysiłkowy horror”. Wszystkie długości mnożone były razy dwa! Zaproszenie na zawody otrzymywali nieliczni, zasłużeni triatloniści. Jurkowi tak zależało na starcie w Stanach, że potrafił zorganizować takie zawody dla 1 zawodnika w…Głogowie! Jego czas okazał się drugim na świecie, co otworzyło mu drogę do zawodów zagranicznych.

100 mil w jeden dzień jako rozgrzewka przed Double Ironman

Pierwszym sprawdzianem na obczyźnie był stumilowy bieg w Kalifornii. Brak odpowiedniego sprzętu i złe rozłożenie sił, doprowadziło do skrajnego wycieńczenia organizmu. Pomimo tego Jurek dotarł do mety, zdobywając brązową klamrę (czas to 28 godzin i 5 minut). Potrzebna była szybka rekonwalescencja, bo do najważniejszego startu pozostały tylko 3 miesiące!

Podwójny Ironman

24 godziny, 47 minut i 46 sekund – w takim czasie Polak pokonał prestiżowe zawody w Alabamie. Na mecie był…PIERWSZY! Były narkoman, więzień, pacjent psychiatryka…

“Wystarczy zaakceptować pierwszą myśl “Nie dam rady”, a uruchamia się cały proces pod nazwą “Przegrana”.”

Odsyłam Cię do szczegółowego opisu startu z 1990 roku w Alabamie. Przygotowanie, taktyka, posiłki w trakcie startu i sam jego przebieg nadawałby się na oddzielną książkę. Można go podsumować jednym zdaniem “Nigdy nie jest za późno”.

To co? Ruszamy? Podejmij decyzję i zmień swoje życie!

Judomama poleca!

I jak? Historia opisana przez Łukasza Grassa, zdjęcia w książce oraz film na jej podstawie świadczy o jednym – nie ma rzeczy niemożliwych. Bohater żałuje straconego czasu, często wraca do przeszłości, gdyby nie narkotyki pewnie byłby mistrzem olimpijskim. Otoczony był przyjaciółmi, którzy wierzyli w jego zawziętość, zaufali narkomanowi. Traktowany był jak członek rodziny, której nigdy nie miał. “Najlepszy” ukazuje nam nie tylko piękną historię wygranej, ale również opisuje czasy PRL-u, pokazuje ludzkie dramaty i walkę z własnymi słabościami. Pomimo mało ciekawej okładki oraz błędów interpunkcyjnych – książkę przeczytałam w kilka dni (co mając mało wolnego czasu jest super wyczynem). Polecam ją zarówno rodzicom młodych ludzi, którzy nie mają celu w życiu, ale też starszym zawodnikom jakiekolwiek sportu. To lektura obowiązkowa!

Tagged ,